Kilka odczuć na temat bukmacherki

To było po maturze. Szukałem możliwości szybkiego zarobku, ale żadna firma nie chciała mnie przyjąć. Na studia mi się nie śpieszyło. Wtedy też poznałem kolesia, który prowadził mały zakład bukmacherski. Zrobił mi małe pranie mózgu, przekonywał jak to świetnie jest żyć z typowania i obstawiania wyników meczy. Mówił, że ma parę lig, w których czuje się pewnie, że typując jest w stanie dodatkowo zarobić sobie nawet do 1000 zł na miesiąc. Naiwnie mu uwierzyłem. To był jeden z najgorszych błędów w moim życiu.

Zacząłem bez doświadczenia wchodzić w świat zakładów, kursów, typów i wszystkiego co wiąże się z zakładami bukmacherskimi. Chciałem żyć sobie z typowania. Bukmacherzy się tylko złowrogo uśmiechali, a ja typowałem kolejne mecze. Wydawałem ostatnie pieniądze na kolejne typy, wszystko działo się bardzo szybko. Potem było już tylko czekanie i… rozpacz. Przegrałem kilkaset złotych; dlatego też postanowiłem się szybko spotkać z moim ‘znajomym’. On zaczął mi mówić o błędach jakie popełniłem, mówić o badaniach meczów, takie tam. W końcu był bukmacherem – znał się. Tak sobie pomyślałem. Zacząłem popadać coraz bardziej w nałóg. Mentalnie. Kolejne pieniądze na typowanie były pożyczane. Kolejne badania były pod okiem znajomego. W wirze tego wszystkiego nie zauważyłem, że nie jestem już tą samą osobą. Stałem się agresywny, moje myśli krążyły tylko wokół zakładów bukmacherskich. Odwróciłem się od bliskich, którzy chcieli wyrwać mnie z obsesji typowania. Wielki finał nastąpił dopiero w chwili, kiedy sprzedałem samochód i postawiłem wszystko na jeden mecz. Nie będę opowiadał co działo się potem, ponieważ te fragment mojego życia, mojej przygody jako typera – uważam jako martwy.

Każdy kto myśli o tym, o byciu typerem musi się mieć na baczności. Ta gra jest bardziej ryzykowna niż się wydaje. Tekst ten jest niespójny. Moja psychika po tych wydarzeniach również. Wiem natomiast jedno: zakładać się można, dopóki stawką nie jest twoja przyszłość, życie, rodzina…